poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Statystyki spadają!

Witam.

          Powiem od razu w czym rzecz: zastanawiam się, czy powinnam zawiesić bloga. Dlaczego? Pod ostatnim rozdziałem nie ma żadnego komentarza, aktywność tj. liczba odwiedzin na blogu również znacząco spadła... Wpadło mi do głowy: skoro prawie nikt tego nie czyta, to po co mam się trudzić i poświęcać czas na dodawanie nowych rozdziałów? Jak już pisałam wcześniej, ja znam zakończenie i wcale nie muszę go publikować, zaś napisanie dwu, trzy zdaniowej opinii na temat mojego opowiadania nie jest jakimś niesamowitym wyczynem wymagającym nie wiadomo jak wielu pokładów energii. Nie mówię, że to zrobię, ale jak tak dalej pójdzie zawieszenie bloga będzie nieuniknione.

Sakurishi

sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział 11 "Przyjaciele z dzieciństwa"

Jeszcze tego samego dnia, na długiej przerwie przed ostatnią lekcją wpadłam na Nataniela. Wyglądał na przybitego. Cerise tylko krzywo się na niego spojrzała, potem pokręciła głową i wyszła z budynku zapewne pogadać z szkolnym buntownikiem. Ja podeszłam do głównego gospodarza, bo moje zbyt miękkie serce nie pozwoliło zignorować smutku blondyna.
- Co ukradło twój uśmiech, Natanielu? - Zapytałam.
- Ach, Marcelle. - Posłał mi zaskoczone spojrzenie. - Cóż, Amber nie daje mi spokoju. Kiedy jest w domu, staje się nieznośna. - Westchnął. - Daje mi ostro popalić.
- Rozumiem. - Zacisnęłam usta w wąską linię. - Przykro mi, że musisz to znosić. Niestety, nie wiem, jak mogłabym Ci pomóc.
- Nie przejmuj się tym. - Uśmiechnął się słabo. - Już się przyzwyczaiłem.
- Jestem z tobą duchem. Życzę wytrwałości. - Odparłam.
Pożegnałam się z chłopakiem i dosłownie chwilę później wpadłam na Melanię.
- Wybacz, zamyśliłam się.
- W porządku. Właśnie Cię szukałam. - Zawahała się. - Nasze relacje nie są zbyt przyjacielskie, ale chciałabym to naprawić. Jutro są moje urodziny. Może przyjdziecie z Cerise? - Wyciągnęła z torby dwa zaproszenia i mi podała.
- Ja chętnie się zjawię. - Uśmiechnęłam się delikatnie. - Zapytam też Cerise i dam Ci odpowiedź jutro, dobrze?
- Pewnie. - Odwzajemniła uśmiech. - To do zobaczenia.
Schowałam kremowe koperty do swojej torby i wyszłam ze szkoły na dziedziniec. Z ławki pomachała mi brunetka. Siedziała w towarzystwie czerwonowłosego i Lysandra. Ruszyłam w ich kierunku, jednak coś mnie tknęło. Odwróciłam głowę w stronę bramy i wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia widząc stojącego tam bruneta.
- Victor! - Zawołałam.
Poczułam na sobie trzy zaskoczone spojrzenia. Błękitne tęczówki zaraz jednak pognały w stronę, gdzie spoglądałam. W moją stronę szedł właśnie posiadacz złotych, czy też raczej bursztynowych oczu, niezwykle pięknych i lśniących.
Cerise stanęła u mojego boku porzuciwszy towarzystwo Kastiela i białowłosego. Victor uśmiechał się czarująco. Choć widzieliśmy się przed naszą przeprowadzką, jakiś miesiąc temu, wydawało mi się, że bardzo się zmienił. Zawsze był poważny i opanowany, teraz jednak dołączył do tego ciężar odpowiedzialności, jaką niosło ze sobą jego pochodzenie.
- Witajcie, moje drogie panie. - Starał się ukryć uczucia szarpiące go za serce, obie jednak znałyśmy go zbyt długo, by mu się udało. - Wpadłem was odwiedzić. Dacie się gdzieś porwać?
- Co prawda nie popieram wagarów, ale tym razem zrobię wyjątek. - Rzekłam.
- Marcelle wagaruje! To trzeba zapisać! - Zaśmiała się brunetka, zaraz jednak poważniejąc. - Chodźmy do parku. Jest tam fajne miejsce, gdzie nikt nie zagląda.
Pomachała jeszcze chłopakom na pożegnanie i ruszyła w stronę bramy. Kątem oka dostrzegłam, jak obaj panowie uważnie się nam przyglądają. Opuściliśmy szkolny teren i już chwilę później zasiedliśmy na murku ukrytym za zasłoną z liści płaczącej wierzby. Wbiłam swoje spojrzenie w chłopaka zastanawiając się, jak ciężko może mu być.
- Już słyszałyśmy o twojej sytuacji. - Zaczęłam starannie dobierając słowa.
- Wasz ojciec jest na bieżąco, jak widać. - Zaśmiał się ponuro. - Tak, to prawda. Mój ojciec zaręczył mnie wbrew mojej woli. To bardzo mnie przybiło. - Westchnął. - Wiem, co nim kierowało, ale to wciąż boli. - Oparł łokcie na kolanach, palce splótł przed sobą i oparł o nie czoło. - Na dodatek niedługo mam przejąć firmę. A tak, żeby mnie dobić, wciąż nie dostałem żadnej wiadomości od Joycelyn. Nie wiem nawet, czy żyje. To wszystko po prostu mnie przytłacza.
Objęłam chłopaka ramieniem i przytuliłam się do jego boku. Błękitnooka zrobiła to samo. Znaliśmy się od małego i byliśmy ze sobą naprawdę blisko. Gdy cierpiało któreś z nas, ból odczuwała cała trójka. Wtedy też przypomniała mi się propozycja ojca.
- Victor. - Odezwałam się po kilku minutach ciszy. - Jest pewna... Opcja. - Moi towarzysze podnieśli na mnie swój wzrok. - Ojciec mi to uzmysłowił. Możesz... - Zawahałam się. - Możesz się tu przeprowadzić, tak jak my.
Osłupieli. Wpatrywali się we mnie, jak w przybysza z kosmosu.
- A co z ojcem Victora? Przecież jest ciężko chory. - Zapytała niepewnie Cerise.
- To, że jest chory, to jedno. - Odparłam. - Ale nie może zmuszać Victora do małżeństwa. A firmę może przecież prowadzić z Francji, w końcu to biznes na skalę światową. W ten sposób nie tylko uwolnisz się od niechcianego małżeństwa, ale też nie porzuci swoich obowiązków. A gdy przyjdzie czas znajdzie Joycelyn, z którą będzie mógł się związać.
Brunet wpatrywał się we mnie przez chwilę, potem jednak uśmiechnął się smutno.
- Nie mogę zrobić tego ojcu. To go zabije.
- On już i tak umiera, Victor. - Oznajmiłam dobitnie. - Nie możesz robić tego, czego od Ciebie oczekuje, jeśli ma to zaprzepaścić twoje szczęście. - Ponownie objęłam go ramieniem. - Nie każę Ci się z nim kłócić, ani też do niczego Cię nie zmuszę. Może po prostu do niego pojedź i powiedz, jak jest. Mimo, że wiem, jaki jest, to wciąż twój ojciec. Jeśli Ty z nim nie porozmawiasz, nikt tego za Ciebie nie zrobi.
- Tak, to niewątpliwie prawda. - Uśmiechnął się blado. - To wuj Ci to zaproponował, prawda? Oczywiście, że tak. Zapewne to również on Ci o tym powiedział.
- Nie zaprzeczę. - Odwzajemniłam uśmiech. - Pomimo tego, że nie jesteśmy ze sobą blisko, zależy mu na mnie i pragnie mojego szczęścia. Ciebie też kocha. Wiesz, że zawsze myślał o tobie jak o własnym synu. To samo tyczy się Cerise.
- Zatem niech tak będzie. - Wciął głęboki oddech. - Pojadę i porozmawiam z moim ojcem.
Zapadła cisza. Milczeliśmy przez kilka minut łącząc się w smutku z naszym przyjacielem. W końcu jednak się od siebie odkleiliśmy. Każde z nas miało łzy w oczach. Poważnie. Dwie licealistki oraz student siedzą pod płaczącą wierzbą i w zgodzie z nazwą drzewa płaczą.
- Koniec tego grobowego nastroju! - Rzekła poważnym tonem brunetka. - Idziemy teraz do nas. Pokażemy Ci, jak mieszkamy. Poznasz naszych współlokatorów. A potem idziemy na imprezę. I bez gadania! No, ruszajcie się!
- Tak jest, pani kapitan. - Odpowiedzieliśmy jednocześnie z Victorem i zaśmialiśmy się.
Błękitnooka wiedziała, jak poprawić nam nastrój niezależnie od tego, jak bardzo źle by nie było. Ona zawsze była, jest i będzie niesamowita. Naprawdę ją za to podziwiałam. Zgodnie z tym, co zarządziła moja przyjaciółka we trójkę ruszyliśmy w stronę naszego aktualnego miejsca zamieszkania. Na miejscu byliśmy trzy minuty później.
- Ładnie tu. - Obrzucił dom zaciekawionym spojrzeniem. - Ilu macie współlokatorów?
- Ośmiu razem z właścicielką. - Odpowiedziałam.
- Całkiem sporo.
- Nie stójcie tak. - Niecierpliwiła się Cerise. - Wejdźmy już, no!
Zgodnie z wolą brunetki chwilę później znaleźliśmy się w środku. Przedstawiłyśmy Victora właścicielce i poznałyśmy go z pozostałymi domownikami. Najwięcej śmiechu było z panią Gloire, która porównała naszego przyjaciela ze swoim zmarłym mężem, który za młodu służył w wojsku. Później posiedzieliśmy chwilę w naszym pokoju, zjedliśmy obiad ze wszystkimi, poszliśmy do biblioteki, gdzie zagrałam kilka utworów, a później w przyjaznej atmosferze wypiliśmy trochę ze studentami z pokoju piątego. Na koniec wróciliśmy do naszego pokoju i przygotowałyśmy dmuchany materac dla złotookiego, który pożyczyła nam właścicielka. Kiedy błękitnooka poszła wziąć prysznic usiadłam obok chłopaka na materacu.
- Mogę powiedzieć ojcu o twoich planach? Czy wolisz zachować swój przyjazd w tajemnicy? - Zapytałam. - Niezależnie od odpowiedzi uszanuję twoją decyzję. - Dodałam szybko.
- Możesz mu powiedzieć. - Odparł. - Mam już zarezerwowany bilet lotniczy do Anglii o jedenastej. Zjawię się u ojca na obiad. Może nawet lepiej, żeby wiedział o mojej wizycie.
- Dobrze. - Zamyśliłam się na moment. - Victor. Pamiętaj, że ja i Cerise Cię wspieramy. Nie ważne, co będzie się działo. A gdyby twój ojciec się nie ugiął... Nie wiem, do czego jesteśmy zdolne, ale możesz być pewien, że porwanie Cię wchodzi w grę. Mam nadzieję, że się to wiesz.
- Wiem. - Uśmiechnął się obejmując mnie przyjacielsko ramieniem. - Cieszę się, że was mam. - Westchnął. - Dzięki waszemu wsparciu odzyskałem wiarę w siebie. Dziękuję.
- Zawsze do usług.

piątek, 1 sierpnia 2014

Informacja

Witam wszystkich~!

          Krótko i na temat - dziś rozdziału nie będzie, bo zwyczajnie mam lenia.
          Dziękuję za uwagę.

Sakurishi

środa, 30 lipca 2014

Rozdział 10 "Skłócona para"

Przypominam, że dialogi pisane kursywą oznaczają, że bohaterowie porozumiewają się po angielsku! Proszę, nie zapominajcie o tym :)

*

- Dobrze dziewczynki, popływajcie trochę z deską do miejsca, w którym dotykacie jeszcze dna, a ja pójdę do reszty klasy.
Violetta skinęła głową, a ja wzruszyłam ramionami. Mnie to było obojętne. Popłynęłam pierwsza. Niestety, trochę się rozpędziłam i kiedy chciałam stanąć, by odwrócić się w drugą stronę poczułam, że nie sięgam dna. Rzuciłam fioletowłosej poddenerwowane spojrzenie przez ramię.
- Potrzebujesz pomocy?
Lysander tak mnie zaskoczył, że gdyby mnie nie złapał ześlizgnęłabym się z deski. Spojrzałam się na niego z wdzięcznością.
- Jeśli to nie kłopot, to podprowadź mnie kawałek, proszę. Mniej więcej do tego słupa. - Skinęłam głową na metalowy pręt.
- To żaden problem. - Zapewnił.
Pomógł mi podpłynąć do miejsca, gdzie mogłam oprzeć stopy o dno.
- Dziękuję. - Mruknęłam nieco zmieszana.
- Nie ma za co.
Uśmiechnął się przyjaźnie, po czym odpłynął w stronę Kastiela i Cerise, którzy właśnie się o coś sprzeczali. Na moją twarz wpłynął rozbawiony uśmiech. Pomyślałam wtedy, że ta dwójka naprawdę dobrze się dogaduje, choć pewnie żadne z nich się do tego nie przyzna.
Basen w końcu się skończył, więc wszyscy udali się do szatni. Później autobus szkolny zawiózł nas do szkoły. Mokre rzeczy mogliśmy wywiesić w pustej sali bez konkretnego przeznaczenia. Gdy już to zrobiłam razem z brunetką zmierzałam do sali, w której miałyśmy mieć matematykę, wtedy jednak wpadła na nas złotooka dziewczyna. Miała piękne, śnieżnobiałe włosy sięgające kolan, długie kozaki i ładną sukienkę stylizowaną na mundurek szkolny.
- Patrzcie, jak chodzicie! - Syknęła.
- Hej, to Ty biegłaś na oślep! - Odparowała błękitnooka.
- Wina leży po obu stronach. - Wtrąciłam się. - Przepraszamy, powinnyśmy bardziej uważać. Wszystko w porządku?
- Tak. Przepraszam, masz rację. - Westchnęła. - To też moja wina. To przez to... - Głos się jej załamał, a oczy zaszły łzami.
Spojrzałam się znacząco na moją przyjaciółkę. Ona nie nadawała się do pocieszania innych. Ta od razu zrozumiała, skinęła krótko głową i poszła przodem. Ja zaś położyłam rękę na ramieniu dziewczyny w pocieszającym geście.
- Chcesz porozmawiać?
- Tak. - Chlipnęła.
Poprowadziłam ją do pustej sali i posadziłam na krześle.
- Moje imię to Marcelle. - Uśmiechnęłam się przyjaźnie. - Jak brzmi twoje?
- Rozalia.
- W takim razie, Rozalio, co się stało?
Białowłosa pokrótce opowiedziała mi o swojej miłości i ich ostatniej sprzeczce. Zaciskała nerwowo palce na materiale sukienki nie spoglądając mi w oczy, póki nie skończyła. Potem wlepiła we mnie swoje oczęta godne nagrody nobla w dziedzinie niewinnych i pokrzywdzonych przez los.
- Myślę, że nie okazuje Ci swoich uczuć, bo nie wie, jak powinien je wyrazić. - Powiedziałam w końcu widząc, że czeka na moją opinię. - Powinnaś z nim o tym porozmawiać.
- Nie. Nie tym razem. - Pokręciła szybko głową. - Zawsze to ja pierwsza wyciągam rękę. Ale dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Trochę mi lepiej.
- Jeśli będziesz jeszcze potrzebowała się zwierzyć, chętnie Ci pomogę. - Zapewniłam.
- Och! - Zakrzyknęła zaskoczona. - Przyszedł pod szkołę!
Odwróciłam się w stronę okna i ujrzałam wysokiego bruneta stojącego na dziedzińcu. Wyglądał na niepewnego i zdenerwowanego. Przeniosłam swoje spojrzenie na dziewczynę.
- I co teraz? - Zapytałam. - Jeśli Ty nie chcesz z nim porozmawiać, ja mogę to zrobić. Posłużę Ci za pośrednika. - Zaproponowałam.
- Naprawdę? Dziękuję. - Uścisnęła mnie.
- Dobrze, to idę.
Wyszłam z sali i skierowałam się do wyjścia z budynku. Na ławce siedział Kastiel z Lysandrem, byli jednak zbyt zajęci, by mnie dostrzec. Co ciekawe, nigdzie nie widziałam Cerise. Odgoniłam jednak rozpraszające mnie myśli o podeszłam bezpośrednio do chłopaka Rozali.
- Witaj. Jestem Marcelle, koleżanka Rozalii.
- Witaj. Widziałaś ją może?
- Tak, jednak ona nie chce z tobą rozmawiać. Twierdzi, że nie okazujesz jej swoich uczuć. - Uważnie obserwowałam jego twarz.
- Tak, ja... - Zawahał się. - Nie wiem, co powinienem zrobić. - Westchnął.
- Okazywanie uczuć nie jest łatwe, ale bardzo ważne. Jeśli nie potrafisz bezpośrednio powiedzieć jej, że ją kochasz, udowadniaj jej swoją miłość w inny sposób. Gdy jesteście razem trzymaj ją za rękę, przytulaj ją często, napisz czasami smsa. Te proste, małe rzeczy dają dużo radości. - Uśmiechnęłam się zachęcająco. - Ale najpierw musimy przekonać Rozalię, żeby do Ciebie wyszła. Masz już jakiś pomysł?
- Niestety nie.
- Postaram się coś wymyślić, ale Ty też pomyśl. - Spojrzałam się na zegarek. - Muszę już iść, zaraz mam lekcje. Przyjdę na następnej przerwie, za czterdzieści pięć minut. Wciąż tu będziesz, czy zamierzasz wrócić do sklepu?
- Nie pójdę stąd, dopóki nie porozmawiam z Rozalią. - Odparł. - Dziś nie otworzyłem sklepu. - Dodał ponownie wzdychając.
- W takim razie do następnego spotkania...
- Leo. Mam na imię Leo.
- Do zobaczenia później, Leo.
Odeszłam kierując się w stronę budynku szkoły. W trakcie lekcji wpadłam na pewien pomysł. Gdy klasa wyszła na przerwę ja zostałam w swojej ławce i wyciągnęłam swój notes. Z tyłu zawsze miałam kilka ozdobnych kartek i kopert listowych. Swoją drogą, bardzo lubiłam pisać listy. Szkoda, że wyszły z mody. Pochyliłam się więc nad kremową kartką z piórem w ręce i rozmyślałam nad wierszem, który Leo mógłby podarować swojej dziewczynie. Wtedy też do sali wszedł Lysander. W pierwszej chwili przystanął zaskoczony moją obecnością w pomieszczeniu.
- Nie odrobiłaś pracy domowej? - Spytał.
- Nie, skąd. Staram się wymyślić wiersz, który twój brat mógłby podarować Rozali.
- Leo? - Zdumiał się. - Znasz mojego brata?
- Wpadłam dziś po basenie na zapłakaną Rozalię. Ona powiedziała mi, kim jest i o ich sprzeczce. Zaś Leo przyszedł pod szkołę chcąc porozmawiać ze swoją dziewczyną, tyle że ona nie ma ochoty się z nim spotkać. Teraz staram się im pomóc. - Wyjaśniłam. - Pomyślałam, że wiersz to niegłupi pomysł. Choć to nieco przestarzała forma przeprosin. - Uśmiechnęłam się
- Pomogę Ci. - Zaoferował podsuwając sobie krzesło.
Po kilku minutach krótki poemat było gotowy.
- Dziękuję. - Schowałam pióro i mój notatnik do torby. - Teraz pójdę spotkać się z Leo.
- Cieszę się, że są jeszcze dziewczyny, które nie myślą tylko o sobie. - Oznajmił znienacka.
- Mówisz o Amber? - Spytałam z rozbawieniem.
- Między innymi. - Zaśmiał się.
Szybko pożegnałam się z chłopakiem i poszłam na spotkanie z jego bratem. Po krótkiej wymianie zdań doszliśmy do wniosku, że ostatecznie i tak ja muszę wręczyć list Rozali, bo chłopak nie może wejść na teren szkoły nie będąc jej uczniem. Zanim jednak poszłam Leo dał mi również bukiet białych róż mówiąc, że to ulubione kwiaty jego dziewczyny. Pochwaliłam jego tok myślenia i z ów fantami udałam się na poszukiwania białowłosej. Znalazłam ją na klatce schodowej.
- To od twojego chłopaka. - Powiedziałam podając dziewczynie obie rzeczy. - Wiesz, on naprawdę się stara. Może jest nieco nieporadny w przekazywaniu swoich uczuć, ale widać, że bardzo mu na tobie zależy. Mam nadzieję, że między wami się ułoży.
Dziewczyna wzruszona kiwnęła tylko głową zabierając się za otwieranie koperty. Chwilę później, gdy stałam już pod salą razem z moją przyjaciółką, widziałam złotooką pędzącą w stronę szkolnej bramy z szerokim uśmiechem na ustach.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział 9 "Rewanż"

Rozdział dedykuję Miriam :)
I jeszcze jedno: czytasz? Komentuj!
Ja już znam zakończenie i wcale nie muszę go opublikować, a napisanie kilku zdań w formie opinii nie jest ciężką pracą. Co więcej, to dla mnie wsparcie ze strony czytelnika. Mogę też się poprawić, jeśli ktoś szczerze skrytykuje moje opowiadanie. W ten sposób również udowodnicie mi, że czytacie moje opowiadanie, a nie, że to tylko przypadkowe wejścia.
Dziękuję za uwagę, zapraszam do czytania :)


*

Kiedy zabrzmiał dzwonek obwieszający koniec ostatniej dla naszej klasy lekcji, wszyscy tłumnie skierowali się do wyjścia. Razem z Cerise opuściłyśmy budynek szkoły i ruszyłyśmy ku bramie. Zwykle nie znikałyśmy zaraz po lekcjach, tego dnia miałyśmy jednak plany. Byłyśmy już w parku, gdy nagle znikąd pojawiła się Amber ze swoją świtą.
- Jesteście zadowolone? - Warknęła blondynka. - Przez was zostałam zawieszona! Przez następny miesiąc nie będę chodziła do szkoły!
- Nie zwalaj na nas winy za swoje czyny. - Odpowiedziałam spokojnie.
- Ty. - Syknęła jadowicie. - Zapłacisz mi za to!
Podniosła rękę chcąc mnie uderzyć. Ale moja przyjaciółka była szybsza. Chwyciła jej nadgarstek i szarpnęła, wskutek czego Amber uderzyła plecami o najbliższe drzewo. Zaraz w odsieczy rzuciły się na nas jej koleżanki, ale one również nie zdążyły nic zrobić. Brunetka podcięła im nogi, przez co obie dziewczyny skończyły na ziemi. Potem uniknęła nadlatującej pięści miss plastiku, ponownie chwyciła jej nadgarstek i powaliła na ziemię.
- No słoneczko, coś Ci nie wyszło. - Podsumowała moja rozbawiona towarzyszka. - Wiesz, zanim kogoś napadniesz, to najpierw się upewnij, czy Ci nie odda.
Spojrzała się na mnie i nie widząc sprzeciwu z mojej strony uśmiechnęła się szeroko. Ja tylko wzruszyłam ramionami i ignorując wściekłe spojrzenia naszych niedoszłych katów wróciłyśmy do domu. Tam zostawiłyśmy książki biorąc tylko najpotrzebniejsze rzeczy, błękitnooka się przebrała, po czym podjechałyśmy autobusem pod sportowe liceum. Idealnie w momencie, kiedy powietrze przeciął znajomy dźwięk dzwonka. Ledwo przeszłyśmy przez bramę, gdy przez szkolne drzwi wyszedł nie kto inny, jak Dajan w otoczeniu kolegów. Kiedy nas zobaczył zatrzymał się zaskoczony, a potem z szerokim uśmiechem powiedział coś do znajomych i podszedł do nas.
- Cześć Cerise! Co tam u Ciebie?
- Wszystko w porządku. - Wyszczerzyła się. - To Marcelle, moja przyjaciółka.
- Miło mi.
- Tak, mi też. - On również wygiął swoje wargi w szerokim uśmiechu. - Co tu robicie?
- Wpadłyśmy Cię odwiedzić. - Odparła brunetka. - Poza tym musimy dokończyć nasz mecz! Nie może pozostać taki nierozstrzygnięty.
- Co prawda, to prawda. - Zaśmiał się. - Poczekacie tu chwilę? Pójdę tylko po torbę i możemy pójść na boisko, które jest tu niedaleko.
- Pewnie.
Kilka minut później Cerise i Dajan biegali po betonowej nawierzchni w jedną, to drugą stronę walcząc o pomarańczową piłkę. Ja liczyłam punkty. Wtedy też ktoś się do mnie dosiadł. Spojrzałam się na ów osobę, by po chwili obdarzyć ją lekkim uśmiechem.
- Witaj Jade. Co Cię tu sprowadza?
- Cześć. Wracałem ze szkoły, kiedy zobaczyłem, że Dajan z kimś gra. - Odparł. - Chciałem podejść i pogadać, gdy skończą, ale zauważyłem Ciebie. A Ty?
- Ta dziewczyna to moja przyjaciółka. - Skinęłam głową na brunetkę, która właśnie zdobyła dwa punkty. - Chciała odwiedzić Dajana, więc przyjechałam z nią. Znają się z klubu koszykówki. - Zanotowałam w myślach zmianę w wyniku.
- Wiesz, niedaleko jest też moje liceum.
- Wiem, Cerise mi powiedziała. - Uśmiechnęłam się z rozbawieniem. - Chcieli jak najszybciej zagrać, więc nie miałam jak podejść pod twoją szkołę.
- Rozumiem. - Odwzajemnił uśmiech. - Ale najważniejsze, że się spotkaliśmy. Jak tam klub ogrodników? Wszystko w porządku?
- Tak. Tylko że teraz tylko ja tam regularnie zaglądam. Iris tylko dostarcza nasiona, a ten chłopak, który też należał do klubu, przeniósł się do innej szkoły.
- A więc to tak. - Zamyślił się. - Wpadnę w przyszłym tygodniu.
- Dobrze.
Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, dopóki Cerise i Dajan nie opadli wymęczeni obok nas. Ostatecznie ich dogrywka skończyła się ponownym remisem, ale że byli już zbyt zmęczeni, by kontynuować, obiecali sobie kolejny rewanż. We czwórkę pospacerowaliśmy trochę po okolicy, a około osiemnastej chłopcy odprowadzili nas na przystanek. Na pożegnanie pomachałyśmy im przez szybę. Pół godziny później wysiadłyśmy z autobusu i skierowałyśmy się do domu.
- Dostaniemy burę. - Stwierdziła brunetka widząc światło palące się z kuchni. - W końcu nie pojawiłyśmy się na obiedzie. - Westchnęła.
- Nie będzie tak źle.
Właścicielka rzeczywiście była niezadowolona, ale po krótkim kazaniu i zjedzeniu odgrzanego posiłku puściła nas do pokoju. Błękitnooka od razu poszła do łazienki, a ja zabrałam się za lekcje. Gdy wróciła padła na łóżko ani myśląc o szkolnych obowiązkach. Niespodziewanie mój telefon zaczął dzwonić. Zaskoczona wyciągnęłam urządzenie z torby i spojrzałam na wyświetlacz. Zmarszczyłam brwi widząc osobę, która usiłowała się ze mną skontaktować.
- To z domu. - Powiedziałam tylko widząc pytające spojrzenie przyjaciółki. - Słucham?
- Witaj Marcelle. - Odezwał się ojciec po drugiej stronie słuchawki. - Chciałbym z Tobą porozmawiać. Chodzi o Victora.
- Co z nim? - Poczułam, jak włosy jeżą mi się na karku.
- Jak wiesz, wyjechał z Anglii jakiś czas temu, żeby przygotować się do objęcia stanowiska po ojcu, kiedy ten już przejdzie na emeryturę. Kilka dni temu ojciec do niego zadzwonił i powiadomił o jego zaręczynach z Severine. Od tamtego czasu nie daje znaku życia.
- Zaręczynach? - Powtórzyłam czując, jak zalewa mnie fala gniewu. - Żartujesz sobie ze mnie? Dobrze wiesz, że on jej nie kocha i nie chce z nią być!
- Doskonale o tym wiem. - Odparł spokojnie mój ojciec. - I wiem, że chcesz dla niego jak najlepiej. Dlatego mam dla Ciebie propozycję.
W milczeniu wysłuchałam tego, co ojciec miał mi do powiedzenia. Nie słysząc odpowiedzi z mojej strony powiedział tylko, że da mi czas do namysłu, po czym się rozłączył. Zaciskając usta w wąską linię nie ruszałam się jeszcze przez chwilę. Dopiero, kiedy Cerise zaniepokoiła się moim bezruchem, odłożyłam telefon na biurko i wzięłam głęboki wdech. Spojrzałam się na moją przyjaciółkę, która już wyraźnie zdenerwowana moim zachowaniem usiadła spięta na łóżku.
- Co się dzieje? - Zapytała.
- Jest źle. - Odpowiedziałam. - Victor, wbrew swojej woli, został zaręczony z Severine. Od kiedy się o tym dowiedział nikt nic nie wie na temat jego pobytu.
- O cholera. - Brunetka spochmurniała na twarzy. - Musimy coś zrobić. Tylko co?
- Ojciec złożył mi pewną propozycję. - Odparłam w zamyśleniu wyglądając za okno. - Ale najpierw muszę ją dokładnie przemyśleć, zanim Ci o niej powiem.
- W porządku. - Westchnęła. - Daj znać, jak już coś wymyślisz.
*
Poniedziałek. Razem z błękitnooką stałyśmy przed wejściem na basen czekając na resztę. Cały czas męczyła mnie ta sprawa z Victorem. Razem z Cerise usiłowałyśmy skontaktować się z nim przez cały weekend, ale przepadł, jak kamień w wodę. Byłam tak rozkojarzona, że brunetka musiała cały czas mnie pilnować, bym nie zgubiła się gdzieś po drodze. Moje myśli zajęło jednak co innego, kiedy już w stroju kąpielowym stałam razem zresztą klasy w pobliżu wgłębienia zapełnionego chlorowaną wodą.
- No dobrze, młodzieży! - Nauczyciel entuzjastycznie klasnął w dłonie. - Mam na imię Borys i będę odpowiedzialny za was w czasie zajęć na basenie. Zacznijmy od tego, które z was nie umie pływać? - Obrzucił naszą grupę badawczym spojrzeniem.
Zerknęłam nerwowo na przyjaciółkę. Ta tylko uśmiechnęła się pokrzepiająco. Westchnęłam zrezygnowana, nieco niezadowolona, że tylko ja z całego towarzystwa nie posiadam tej, jak się okazuje, powszechnej umiejętności.
- Ja, proszę pana. - Odezwałam się.
- To nic takiego, szybko się nauczysz. - Zapewnił mnie tryskając energią. - Ktoś jeszcze?
- J-ja. - Odezwała się nieśmiało Violetta.
W duchu odetchnęłam z ulgą. Jednak nie będę sama.
- Czy to wszyscy? - Zrobił krótką pauzę. - Dobrze. W takim razie pozostali mają przepłynąć dziesięć basenów, a panie zapraszam na tor pierwszy.

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 8 "Bransoletka"

Witajcie drodzy czytelnicy! Bardzo przepraszam was za zwłokę, rozdział miał być wczoraj, ale z pewnych powodów osobistych nie byłam w stanie go wstawić. Jednak następny, czyli dziewiąty, będzie już jutro. Dziękuję za uwagę i zapraszam do czytania.

*

- Jest! - Zawołałam podekscytowana trzymając znalezisko w dłoni.
- Co masz?
- Bransoletkę.
Przyglądałyśmy się jej chwilę w milczeniu. Złotą obręcz zdobiły trzy turkusowe perły. Biżuteria kojarzyła mi się z kimś, kogo już znałam, ale moje rozmyślania przerwał głośny stukot obcasów na korytarzu. Cerise zareagowała pierwsza. Pchnęła mnie w stronę szafek i zmusiła, bym kucnęła chowając się jednocześnie za jasnobrązowym fotelem. Sama padła na ziemię za sofą i błyskawicznie wyciągnęła telefon. Napisała krótką wiadomość. Chwilę później w zamku zgrzytnął klucz i do pomieszczenia dotarły charakterystyczne dźwięki ze szkolnego korytarza. Nim jednak ktokolwiek zdążył wejść do pomieszczenia z zewnątrz dobiegł nas krzyk. Osoba stojąca w drzwiach zaklęła cicho pod nosem i zamknęła drzwi oddalając się od pokoju nauczycielskiego. Po tym w ekspresowym tempie opuściłyśmy miejsce, gdzie zwykle nauczyciele spędzali wolne przerwy i okienka, czym prędzej udając się na dziedziniec.
Po krótkim rozeznaniu okazało się, że w trakcie wojny na balony z wodą „ktoś” trafił w miss naszej szkoły. Makijaż obficie spływał z twarzy blondynki brudząc jej drogą bluzkę. Jej obstawa rozpaczliwie próbowała to naprawić, ale na nic się to zdało. Gruba warstwa pudru, podkładu i całej reszty bez wysiłku pokonywała nawilżane chusteczki do demakijażu. Cerise parsknęła śmiechem i pokazała uniesiony kciuk szkolnemu buntownikowi, który w odpowiedzi uśmiechnął się niewinnie. Kiedy tłum w końcu się rozszedł razem z brunetką podeszłyśmy do czerwonowłosego diabła.
- Kto ją trafił? - Zapytała.
- Jakiś kurdupel. - Wzruszył ramionami. - Gdybyś widziała biedaka, gdy na niego krzyczała. Wyglądał, jakby widział upiora.
- To poniekąd prawda. - Odparła błękitnooka.
- Jak widzę, to Tobie zawdzięczamy nienakrycie nas w pokoju nauczycielskim. - Zwróciłam się do chłopaka. - Dziękuję.
Ten w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami. Wiedziałam, że nie zrobił tego dla mnie, ani nawet dla mojej towarzyszki, tylko wykorzystał okazję jako pretekst do wywołania większego zamieszania, ale i tak byłam mu wdzięczna.
- Pójdę spotkać się z Natanielem. Mam podejrzanego i muszę to z nim skonsultować. - Oznajmiłam. - Nie rób nic głupiego. - Dodałam wbijając swoje spojrzenie w moją przyjaciółkę.
- Dobra, postaram się. - Przewróciła oczami.
Pokręciłam głową i wróciłam do budynku. Głównego gospodarza zauważyłam w momencie, kiedy uspokajał rozhisteryzowaną siostrę. Byłam w pełni świadoma, że są rodzeństwem, ale wciąż było to dla mnie trudne do pojęcia. Gdy w końcu blondyn zostawił dziewczynę i skierował się do pokoju gospodarzy szybkim krokiem podążyłam za nim. Weszłam do pomieszczenia zaraz za nim i przekręciłam klucz w drzwiach, by nikt nam nie przeszkadzał. Chłopak spojrzał się na mnie zdumiony.
- Gdyby ktoś tu wszedł i usłyszał, o czym rozmawiamy, to nie skończyłoby się dobrze. Nie sądzisz? - Kiedy skinął głową wyciągnęłam z kieszeni biżuterię. - Znalazłam to w pokoju gospodarzy. Poznajesz może?
- Jakbym już ją widział. - Zmarszczył brwi.
- Powiedziałabym, że na pewno. Należy do Amber.
- Skąd...?
- Na początku też nie wiedziałam, skąd ją kojarzę. Wtedy jednak przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie z twoją siostrą. Machała ręką, pragnąc w ten sposób podkreślić wagę swoich słów, jednak właśnie dlatego zapamiętałam tą bransoletkę. - Spojrzałam się prosto w jego złote tęczówki. - Co zamierzasz z tym zrobić, główny gospodarzu?
Dałam wyraźny nacisk na jego szkolny status. Chciałam mu dać tym do zrozumienia, że nie mógł przedkładać swoich uczuć do siostry nad swoje obowiązki. Spochmurniał. Bez słowa podałam chłopakowi przedmiot i wycofałam się do drzwi.
- Mam nadzieję, że się na Tobie nie zawiodę. - Powiedziałam, po czym opuściłam pokój.
Na następnej długiej przerwie postanowiłam przejść się do biblioteki. Cisza, jaka tam panowała. Zapach, jaki się tam unosił. Widok regałów uginających się pod ciężarem obszernych ksiąg. To wszystko wprawiało mnie w melancholijny nastrój. Moja ukochana Anglia. Tak ciężko było mi się z nią rozstać.
Nie uszłam jednak nawet dwóch kroków, jak omal nie zaliczyłam widowiskowej gleby potykając się o ciemnozielony zeszyt leżący na ziemi. Podniosłam przedmiot i przyjrzałam mu się uważnie. Byłam pewna, że już go widziałam. Przed oczami stanął mi widok Lysandra siedzącego w szkolnym ogrodzie i pochylającego się nad swoich notatnikiem. Musiał go zgubić. Po oględzinach zasobów bibliotecznych w końcu zdecydowałam się „Makbeta”.
Opuszczając bibliotekę zerknęłam na zegarek. Miałam jeszcze dużo czasu, postanowiłam więc pójść do klubu ogrodników. Choć biblioteka wydawała się być idealnym miejscem do czytania, zdecydowanie preferowałam przebywanie w zaciszu na świeżym powietrzu.
Nikogo nie zastałam, co przyjęłam z zadowoleniem. Mogłam w spokoju zagłębić się w historię napisaną przez Williama Shakespeara. Jednak nie na długo. Ledwie skończyłam pierwszy Akt, kiedy do ogrodu wszedł nikt inny, jak właściciel zagubionego notatnika.
- Witaj ponownie. - Odezwałam się wyrywając chłopaka z zamyślenia.
- Witaj. - Chłopak rozglądał się uważnie dookoła.
- Szukasz może tego? - Wyciągnęłam zeszyt z ciemnozieloną okładką. - Znalazłam go w bibliotece. Miałam zamiar Ci go oddać przy najbliższym spotkaniu.
- Dziękuję. - Odebrał swoją własność. - Przeczytałaś go?
- Nie. Z zasady nie czytam cudzych rzeczy. Dlaczego pytasz?
- Cieszę się, że uszanowałaś moją prywatność. - Usiadł obok mnie i zerknął na książkę, którą trzymałam w rękach. - Makbet?
- Tak. - Przymknęłam oczy przywołując wspomnienia. - Lubię ją. Opowiada o żądzy władzy, tak obecnej w dzisiejszych czasach, do której ludzie podążają po trupach. Czasy są inne, poglądy się zmieniły, a ludzie wciąż pozostają tacy sami. - Uśmiechnęłam się smutno. - Tacy sami. - Powtórzyłam szeptem niemal tak cichym, jak szelest liści poruszanych na wietrze. Wzdrygnęłam się zaskoczona, kiedy ciszę przeszył charakterystyczny dźwięk dzwonka. - Już tak późno? Musimy się pospieszyć, jeśli chcemy zdążyć na lekcje.
- Masz rację. Chodźmy.
Lysander pierwszy był na nogach i podał mi rękę, żeby pomóc mi wstać. Skorzystałam z pomocy. Rozdzieliliśmy się jednak na szkolnym korytarzu. Miałam już wejść do klasy, kiedy dostrzegłam, jak coś wystaje zza szafek. Wiedziona instynktem wyciągnęłam ów rzecz. Moim oczom ukazała się beżowa koperta ze sprawdzianami. Zamrugałam zaskoczona. To tu je ukryła.
- Cóż, czasami lepiej ukryć coś na wierzchu. - Mruknęłam.
Złapałam Nataniela przed klasą i wręczyłam mu znalezisko.
- Jesteś niesamowita! - Zakrzyknął chłopak. - Dziękuję Ci bardzo, Marcelle! Jestem twoim dłużnikiem! - Dodał uśmiechając się z ulgą.
- Co zamierzasz?
- Odłożę je do pokoju nauczycielskiego w inne miejsce, niż tam, gdzie pierwotnie były przechowywane. Pomyślą, że ktoś je po prostu przełożył.
- A co z Amber? To nie może jej ujść na sucho.
- Wymyślę coś, za co zostanie zawieszona.
- Jeśli uważasz, że taka kara jest wystarczająca. - Zerknęłam na drzwi. - Pójdę już.
Odwróciłam się i szybko weszłam do klasy. Przeprosiłam za spóźnienie i usiadłam na swoim miejscu. Pan Frazowski w końcu poskromił klasę i zaczął rozdawać uczniom kartki.
- Od jutra zamiast w-f'u, będziecie mieli baseny, do końca roku. Musicie przynieść podpisane zgody na poniedziałek. Nie zapomnijcie, to ważne. - Rozległy się jęki niezadowolenia. - To odgórne polecenie od dyrektorki. Basen jest obowiązkowy. - Dodał, jakby chciał się obronić przed pełnymi wyrzutu spojrzeniami.

- Nie wiem, w czym rzecz. - Odezwała się Cerise. - Basen to fajna sprawa. - Uśmiechnęła się szeroko chowając kartkę do torby.

czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział 7 "Klucz"

Rozdział dedykuję Natalii M. Cieszę się, że moje opowiadanie wciąż Ci się nie znudziło :)

*

Piątek. To słowo powtarzane było na każdym kroku. Licealiści przechadzający się po szkolnym korytarzu dyskutowali zawzięcie o swoich planach. Ja i Cerise miałyśmy już pewien zarys, dlatego stałyśmy pod klasą i obserwowałyśmy mijający nas tłum. Czekałyśmy na pierwszą lekcję, jaką była historia.
- Hej dziewczyny. - Podeszła do nas Iris. - Słyszałyście?
- O czym? - Zapytała brunetka unosząc pytająco brwi.
- Ktoś pomazał Amber szafkę czerwonym sprayem i zaginęły sprawdziany. - Odpowiedziała. - Dyrektorka jest wściekła. A wszystko odbiło się na Natanielu, bo on jako jedyny z uczniów posiada klucze do pokoju nauczycielskiego.
- To oznacza, że testy będą odwołane? - Zapytała moja przyjaciółka jednocześnie uśmiechając się z satysfakcją na wzmiankę o szafce.
- Cerise. - Spojrzałam na nią z dezaprobatą, po czym zwróciłam swoje spojrzenie na rudowłosą. - Wiesz coś więcej na ten temat?
- Nie. Przykro mi.
- W porządku. Dzięki.
Zamyśliłam się. Zastanawiałam się, kto mógł ukraść sprawdziany.
- Chcesz je znaleźć, prawda? - Jęknęła błękitnooka.
- Owszem. A Ty mi pomożesz. - Uśmiechnęłam się. To nie był wesoły uśmiech.
- Jasne. Tylko już się tak nie uśmiechaj. - Wzdrygnęła się.
Skinęłam głową, po czym zaczęłam wypatrywać blond czupryny Nataniela. Nie odnalazłam jednak jego osoby na korytarzu. Zerknęłam na zegarek na lewym nadgarstku. Miałyśmy jeszcze dziesięć minut. Poprawiłam torbę na ramieniu i ruszyłam w stronę gabinetu gospodarza. Brunetka bez słowa powlekła się za mną. Znalazłam go, cóż za zaskoczenie, w pokoju gospodarzy. Siedział zgarbiony przy swoim biurku opierając czoło na splecionych palcach.. Na jego prawym ramieniu leżała dłoń Melanii w geście pocieszenia. Choć uśmiechnęła się do nas uprzejmie, przez jej oczy przebijała wyraźna irytacja.
- Podnieś głowę, Natanielu. - Odezwałam się podchodząc do biurka. - Przyszłyśmy Ci pomóc odnaleźć zaginione sprawdziany.
- I jak chcesz je znaleźć? - Zapytał strącając dłoń szatynki i opierając się o oparcie obrotowego krzesła. - Wiesz chociaż, kto za tym stoi?
- Nie. Ale się dowiem. - Odparłam spokojnie. - Domyślasz się, kto mógł to zrobić?
- Nie wiem. - Pokręcił głową, rzucając ukradkowe spojrzenie Melanii, która odeszła do swojego biurka. - Nigdy wcześniej nie zgubiłem kluczy.
Patrzył prosto w moje oczy. Chciał przypomnieć mi wczorajsze wydarzenia. Chodziło mu o klucze, które zwędził nasz szkolny buntownik.
- Kiedy zauważyłeś ich brak? - Spytałam.
- Dziś rano.
- Czyli wczoraj wieczorem jeszcze były?
- Tak. - Przyznał z wahaniem. Teraz i on wiedział, że to nie mógł być Kastiel.
- Dobrze. Wobec tego pójdziemy ich poszukać. - Skierowałam się do drzwi. - Później chciałabym jeszcze z Tobą porozmawiać, Natanielu. - Rzuciłam wychodząc z pomieszczenia.
Gdy wyszłyśmy na korytarz Cerise chichotała cicho pod nosem. Spojrzałam się na nią z uniesionymi brwiami. Nie rozumiałam, co ją tak bawiło. Zwłaszcza, że jeszcze chwilę temu niechętnie podążała za mną ze świadomością, co planuję.
- Melania wyglądała, jakby chciała Cię zasztyletować. - Oznajmiła. - Zwłaszcza, kiedy wychodząc powiedziałaś, że chciałabyś jeszcze porozmawiać z Natanielem, a on spalił cegłę słysząc, kiedy wymówiłaś jego imię. - Jej wargi rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
- Zazdrość to rzecz naturalna, ale czasami trzeba po prostu odpuścić. - Mruknęłam.
Nie miałyśmy już czasu, musiałyśmy lecieć na lekcje. Jednak od razu na pierwszej długiej przerwie wyruszyłyśmy na poszukiwania zaginionych kluczy. Dokładnie przeszukałyśmy cały korytarz i dziedziniec. Kastiel z rozbawieniem obserwował nasze poczynania, jednak się nie wtrącał. Wyraźnie bawiło go, jak biegamy w tą i z powrotem. W końcu Cerise padła zmęczona na ławkę obok niego.
- Wybacz Marcelle, ale nie mam już siły szukać tego cholernego klucza.
- Klucza? - Brwi chłopaka poszybowały w górę.
- Tak. Od pokoju nauczycielskiego. Nataniel je zgubił, a później zaginęły sprawdziany i on został oskarżony o ich zniknięcie. - Odpowiedziałam. - Znalazłeś jakieś, poza tymi, które już wiemy, że masz?
- Nie. Sprawdziany mnie nie obchodzą, więc nie mam żadnego celu w ich zniknięciu.
- Nie podejrzewałam Cię. - Westchnęłam. - Dobra, dalej poszukam sama.
Odwróciłam się i przygryzając wargę w zamyśleniu udałam się do klubu ogrodników, żeby móc w spokoju pomyśleć. Zastanawiałam się, gdzie mogły być. Spochmurniałam na myśl, że złodziej mógłby trzymać je cały czas przy sobie.
Na miejscu zaskoczona dostrzegłam białowłosego chłopaka, którego poznałam wczoraj. Wokalista z zespołu Kastiela. Siedział na murku otoczony masą roślin pochylając się nad notatnikiem, który trzymał na kolanach.
- Witaj. - Przywitałam się.
- Witaj. - Podniósł swoje spojrzenie na moją osobę. - Co Cię tu sprowadza?
- Poszukiwania zaginionego klucza. Poza tym należę do klubu ogrodników, także będę tu częstym gościem. - Odparłam. - Piszesz piosenkę?
- Tak. - Uniósł brwi. - Chodzi o klucz do pokoju gospodarzy?
- Owszem. Widziałeś go?
- Znalazłem jakiś pod tą doniczką. - Wskazał na jedną z roślin. - Nie wiem, czy to ten, ale zawsze możesz sprawdzić.
- Dziękuję. - Zmarszczyłam brwi w zamyśleniu. - Widziałeś tu kogoś, gdy tu przyszedłeś?
- Niestety.
- Trudno. Jeszcze raz dziękuję.
- Gdybyś jeszcze potrzebowała pomocy, daj mi znać.
W odpowiedzi skinęłam jedynie głową. Schowałam klucze do kieszeni i szybkim krokiem pomaszerowałam w stronę budynku szkoły. Po drodze dostrzegłam, jak Cerise przepycha się z Kastielem, oczywiście dla zabawy. Uśmiechnęłam się lekko. Dawno nie widziałam, jak tak szczerze się śmieje. Odpędziłam jednak rozpraszające myśli i jak burza wpadłam do pokoju gospodarzy. W środku był tylko blondyn.
- To te? - Podałam chłopakowi znalezisko.
- Tak! - Zerwał się z krzesła. - Gdzie były?
- W klubie ogrodników. Złodziej prawdopodobnie je tam porzucił. - Spojrzałam się badawczo na głównego gospodarza. - Teraz musimy iść zbadać miejsce przestępstwa.
- Chyba żartujesz? - Pobladł. - Nie ma mowy! Jeśli dyrektorka nas nakryje...
- W porządku, pójdę sama. - Zirytowałam się. - Chcesz naleźć sprawdziany i winowajcę, czy nie? - Dodałam widząc, że się waha.
- Dobrze. Dyrektorka niedawno wróciła do swojego gabinetu. - Rzucił mi niepewne spojrzenie. - Co zrobisz, jak Cię złapie?
- Coś wymyślę.
Wyszliśmy na korytarz z impetem wpadłam na nikogo innego, jak moją przyjaciółkę. Ta w ostatniej chwili mnie złapała ratując od bliskiego spotkania z ziemią. Szybko się poprawiłam i rzuciłam jej pytające spojrzenie.
- Czułam, że chcesz zrobić coś ryzykownego, więc jestem. - Wyszczerzyła się. - Specjalista od załatwiania spraw w sposób niekonwencjonalny, do usług.
- Musimy wejść do pokoju nauczycielskiego poszukać poszlak. - Odparłam z uśmiechem. Co, jak co, ale na Cerise zawsze mogłam polegać. - Idziesz ze mną?
- Jeszcze pytasz? - Zaśmiała się.
Nataniel rzucił nam niepewne spojrzenie. Nie podzielał naszego entuzjazmu. Nie dziwiłam mu się. Szybko otworzył nam pokój i czym prędzej się zmył, pragnąc uciec jak najdalej od kłopotów związanych ze sprawdzianami.
- Poszukaj przy kanapie i stoliku, a ja poszukam przy szafkach. - Rzuciłam, od razu kierując się w stronę metalowych mebli.